RELACJA Z WYJŚCIA NA MOUNT KENIE

 

„W poszukiwaniu śniegu na równiku,  czyli relacja z wyjścia na Mount Kenie

                                                                                                                                   – kiedyś rzekomo najwyższą górę świata”

 

O wyjeździe do Afryki na safari marzyłam od dziecka, przecież każdy z nas chce zobaczyć prawdziwego, wolno-żyjącego, dzikiego lwa z grzywą.

Nie mogłam uwierzyć, gdy okazało się ze w czasie ferii zimowych w 2011 roku wspólnie z mężem będę mogła to marzenie zrealizować.

W stolicy Kenii – Nairobi wyładowaliśmy w sobotę rano. Zapach kwitnących kwiatów w środku zimy wręcz upajał zmysły. Wrażenie było niesamowite!

Jeszcze tego samego dnia udało nam się wyjechać do „górskiej” miejscowości Nanyuki.Miasteczko to stanowi jedną z wielu baz wypadowych na najwyższy szczyt Kenii i drugi szczyt co do wysokości na Czarnym Lądzie – Mount Kenie.

Po zakwaterowaniu w hotelu poznaliśmy nasz zespół, z którym przez następne 6 dni mieliśmy wspólnie wędrować. Byli to: Sam – przewodnik, Samuel - kucharz, Peter, Maisu – tragarze.Następnego dnia busem udaliśmy się do Sirimon Gate (2650 m n.p.m).

Od bramy Narodowego Parku Mount Kenia, skąd rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę. Marsz przez znany nam z lekcji geografii i przyrodniczych programów telewizyjnych – las równikowy był niesamowity.

W powietrzu unosiła się woń kwiatów od czasu do czasu przytłaczana zapachem słoni.

Kenie charakteryzuje niezwykłe bogactwo roślin. Różnorodność flory odzwierciedla zróżnicowanie stref klimatycznych, gdzie duże znaczenie mają ilość opadów oraz wysokość. Podczas całej wyprawy mogliśmy kolejno obserwować: las, busz, łąki, strefę wysokogórską i alpejską. Około godziny 14, niby niespodziewanie zaskoczył nas deszcz równikowy. Olbrzymie drzewo o wielkim pniu i koronie wznoszącej się ponad 20 m nad ziemią, dało nam schronienie. Myśleliśmy, ze naszym wybawicielem jest baobab. Baobaby, które Europejczykom kojarzą się z Afryką, podobno są najdłużej żyjącym na świecie drzewami, a większość afrykańskich plemion uważa je za święte. Okazało się jednak, ze nasza parasolką jest akacja.

Do schroniska o nazwie Old Mose Camp (3300 m n.p.m.) dotarliśmy o godz.1556. Wtedy okazało się ilu turystów z pośród wielu nocujących, ma ten sam cel co my – ku naszemu zadowoleniu wspinaczy było niewielu. 

Następnego dnia pobudka „skoro świt”, zaraz po szybkim śniadaniu ruszyliśmy dalej. To miał być trudny dzień, bo planowo do przejścia mieliśmy około 40 km, i pokonanie 900 metrów przewyższenia. Sami – nasz przewodnik bardzo dbał o nas i nasze samopoczucie, nie pozwalając nam za bardzo przyśpieszać. „Pole, pole” – powtarzał – czyli wolniej, wolniej. Niezwykły, wręcz kosmiczny krajobraz czarował, ale góra na horyzoncie przyciągała jak magnes, aż chciało się biec.

 W końcu udało się przekonać Samego do przyśpieszenia, ale to dzięki groźbie deszczu. 

Szkoda tylko, ze dotarliśmy do schroniska około 1230, a dalej już nie mogliśmy iść.

Czas umiliły nam niezwykłe „góralki przylądkowe”. Ciekawskie, kosmate, „uśmiechnięte” ssaki są endemicznym gatunkiem tego regionu. Góralek przylądkowy jest zwierzęciem bardzo szczególnym, przede wszystkim ze względu na budowę anatomiczną swego ciała. Mózg góralka przylądkowego przypomina budową mózg słonia. Jego żołądek ma budowę podobną do anatomii żołądka konia. Struktura tylnych kończyn zbliżona jest do struktury tylnych kończyn tapira. Górne siekacze Procavia capensis przypominają siekacze gryzoni, natomiast całe górne uzębienie jako takie jest podobne do uzębienia nosorożca, a dolne przypomina uzębienie hipopotama. Kły tego ssaka przypominają kły słonia. Zoologowie porównują ogólną budowę ciała góralka do budowy ciała słonia lub konia. Podobnie jak słonie mają doskonałą pamięć.

Schronisko Shipt Ons Camp (4200 m n.p.m.), w którym spaliśmy tej nocy znajdowało się na dnie dawnego krateru wygasłego wulkanu, który powstał około 3 miliony lat temu, po powstaniu Wielkiego Rowu Wschodniego. Mlima Kenya aktywnym wulkanem była jakieś 2,5 miliona lat temu tak, że mogliśmy spać spokojnie.

Pierwszym Europejczykiem, który odkrył ten wulkan, chcąc zdobyć masyw tej góry był Johann Ludwig Krapf w 1849 roku. Społeczność naukowa tamtych czasów nie chciała wierzyć w jego opowieści o śniegu i lodzie tak blisko równika. Budowa geologiczna masywu Kenii została po raz pierwszy opisana w 1883 przez Josepha Thomsona. Uznał on, że masyw składa się z wygasłych wulkanów i neków. Joseph Thomson oglądał masyw z daleka i nie prowadził w nim badań i jego opisy również spotkały się w Europie
z niedowierzaniem. Dopiero w 1887 Sámuel Teleki i Ludwig von Höhnel potwierdzili istnienie krateru. W 1893 ekspedycja pod kierownictwem Johna Waltera Gregory'ego osiągnęła lodowiec Lewis Glacier na wysokości 5.000 m. Potwierdziła ona wulkaniczną przeszłość masywu oraz obecność lodowców.

Następnego dnia o godz. 1000 udało nam się stanąć na niższym wierzchołku Mount Kenii - Lenana 4985 m n.p.m. i podziwiać harmonijną panoramę. Bezkres przestrzeni, jakby ktoś wyciągną w nieskończoność horyzont.

Gdy nacieszyliśmy oczy widokami, dla lepszej aklimatyzacji ucięliśmy sobie drzemkę na szczycie. Dopiero nadciągające ciemne chmury, prognozujące nadchodzącą porę deszczu przekonały nas do zejścia z wierzchołka w kierunku schroniska Top Hut (Austrian Hut) leżącym na wysokości 4800 m n.p.m. Tutaj spotkaliśmy Johema, z którym mieliśmy następnego dnia zdobywać Nelsona i Batiana – najwyższe wierzchołki Mount Kenii.

Popołudnie upłynęło nam na nauce gotowania tradycyjnych potraw kenijskich i polskich. My nauczyliśmy się przyrządzać narodowe przysmaki na bazie kaszy mannej
i awokado, a naszego kucharza Samuela robić ciasto i lepić pierogi.

Kolejnego dnia ze schroniska wyszliśmy, jak jeszcze było ciemno. Oświetlając sobie drogę czołówkami przeszliśmy lodowiec Lewis Glacier
i stanęli pod 400 m ścianą wspinaczkową o skali trudności IV/ IV+/ V.

Dopiero wschód słońca o 630 ukazał nam całą wysokość zadania, a na zachętę wierzchołek Kilimandżaro w zasięgu ręki.

Wejście na pierwszy z wyznaczonych szczytów przebiegał jedenasto-wyciągową drogą. Czasowo, mieliśmy do pokonania około pięcio-godzinną trasę, niestety wspinaczka znacznie nam się wydłużyła. Do zwolnienia tępa przyczyniło się nasze zmęczenie na dużej wysokości, złe warunki pogodowe lecz głównie kłopotliwa plątanina lin z innymi zespołami. Oprócz nasz wspinało się jeszcze 3 inne załogi (dwie niezależne włoskie oraz jedna chińsko-amerykańska). Na szczycie Nelion o wysokości 5188 m npm stanęliśmy
o godzinie 1400. Już dwa wyciągi wcześniej zaczął padać śnieg, zrobiło się zimno i widoczność spadła do kilku dziesięciu metrów.

Kilka fotek, łyk herbaty w blaszanym schronie to uhonorowanie sukcesu.

Niestety to załamanie pogody spowodowało, iż mimo, że do drugiego wierzchołka - Batian jest już z Nelsona tylko półtora godzinki w jedna stronę drogą o trudności III+, nie zdecydowaliśmy się na ryzykowne jego zdobywanie. Nie byliśmy przygotowani na śnieżyce, więc od razu zaczęliśmy schodzić. Tym razem nie mogliśmy cieszyć się zbyt długo zdobyciem szczytu bo groziło to wychłodzeniem.

Schodzenie odbywało się dziewięcioma zjazdami (w tym dwa 60-cio metrowe) oraz jednym trawersem. Z podnóża ściany wracaliśmy tą samą drogą przez lodowiec do schroniska Top Hut. Akcja górska trwała ponad 13 godzin to znaczy, że zakończyliśmy dzień o 1810.

Kolejnego, ostatniego dnia schodzimy aż do Sirimon Gate przez co kończymy wycieczkę jeden dzień wcześniej niż planowaliśmy.

Oszczędność ta pozwoliła nam przenocować ostatnią noc w hotelu w Nanyuki i wziąć ciepły prysznic po wymarzniętych, ale wspaniałych 5 dniach w górach Afryki.

 

DOKUMENTACJA FOTOGRAFICZNA JUZ WKRÓTCE!!!