NA DACHU EUROPY

 

NA DACHU EUROPY

 
 

W połwie czerwca 2009 roku zdecydowaliśmy się na kolejny podbój Alp. Tym razem za cel wybraliśmy francuską imienniczkę naszej sanockiej Białej Góry. Wyruszyliśmy w trzy osoby, wspólnie z meżem Jakubem i przyjacielem Krystianem Grzelak. Do Chamonix, francuskiej miejscowość górskiej dotarliśmy po dwóch dniach podróży.

Od początku wyprawy towarzyszyła nam piękna pogoda! Również prognozy na najbliższe dni były pomyślne.

Z samego ranka kolejka zębata - Tramway du Mont Blanc wywiozła nas na wysokość 2372 m. n.p.m. i stamtąd rozpoczął się nasz marsz.

Obserwując piękne kozice alpejskie z wielkimi, zakręconymi rogami, które w ogóle nie przejmują się ludźmi pięliśmy się powoli ku górze. Z ciężkim plecakiem (najcięższa jest woda, której 1 l na górze kosztuje 4-5 Euro) i całym ekwipunkiem idzie się zawsze bardzo ciężko, szczególnie, gdy robi się jeszcze coraz stromiej. Początkowo trasa wiedzie kamienistymi piargami, pnie się coraz wyżej aż w końcu wchodzi na mały lodowiec Tete Rousse
3167 m .n.p.m. Jest tu schronisko o tej samej nazwie.

My wybraliśmy nocleg w swoim namiocie. Szukając dogodnego miejsca na rozbicie namiotu zauważamy małą wioska namiotowa. Natomiast nocleg w schronisku kosztuje  ok 27 euro/os.

 Następnego dnia nasza droga wiedzie stromo w górę na grań Gouter – 3817 m. n.p.m., na której również znajduje się schronisko. Podejście 700 metrów sprawia dużo trudności  i wymaga sporo wysiłku. Po dojściu do schroniska zostawiliśmy nasz ciężki ekwipunek w schronisku i na „lekko” ruszamy jeszcze nie co wyżej dla aklimatyzacji, która jest już niezbędna. Niestety nagła burza szybko nas zawraca do schroniska. Piękny zachód słońca wynagradza nam trud i wysiłek włożony  w wspinaczkę. Tutaj idzie się bardzo szybko spać. Jeszcze jest jasno, jak w schronisku cichnie gwar  i wszyscy zapadają w sen.
Aby „zaatakować” szczyt wstaje się w środku nocy. Pierwsze zespoły wyszły ze schroniska Gouter już po północy. My wystartowaliśmy około 2 w nocy. Śnieg jest wtedy bardziej zmrożony - idzie się więc łatwiej, a pogoda jest bardziej stabilna. Chrzęst raków w zmrożonym śniegu, para lecąca z ust przy miarowym zdobywaniu wysokości oraz widok idących przodem, powiązanych liną ludzi, oświetlających sobie drogę latarkami zamocowanymi na kaskach jest niesamowity. W pewnej chwili gwieździste niebo zaczęło mieszać się
z czołówkami wędrowców, tworząc „świetlisty szlak do nieba”.

Wejście na szczyt jest długie i dość męczące. Prowadzi szerokimi polami śnieżnymi i wąskimi graniami, które występują przy ostatnim etapie wspinaczki. Po drodze, na wysokości 4362 m. n.p.m. znajduje się metalowy schron Vallot, który jest schronieniem na wypadek nagłego załamania pogody.

Po 6 godz. marszu od schroniska Gouter o godzinie 8.44 (01.07.2009r.) udało nam się stanąć na najwyższym szczycie Alp, rozkoszować się radością z wejścia
i pięknymi widokami.

Zmęczeni, oszołomieni wysokością, wyciągamy „naszą flagę” Polski z herbem Sanoka i robimy pamiątkowe zdjęcie. W tym momencie stojący kilka metrów od nas chłopak zapytał: - Czy to ten ładny Sanok co leży na trasie w Bieszczady? – Tak - odpowiadam zaskoczona, ale dumna!

Droga w dół, mimo że w upalnym słońcu mija szybko. Wspominamy burze śnieżną jaką, wspólnie przeżyliśmy kilka lat temu na Połoninie Wetlińskiej. Teraz się śmiejemy, z tego jak wtedy wszyscy byliśmy wystraszeni. Zaczyn

 

amy porównywać zdobycie Mont Blanka z naszą Tarnicą, przez co droga mija nam szybko. Mieliśmy dużo szczęścia, że udało nam się zdobyć szczyt! Jeszcze tego samego dnia schodzimy na nocleg na nasze pole namiotowe Tete Rousse 3167 m .n.p.m, a z samego rana dnia następnego docieramy do Chamonix.